Krvavy – Gwiazdogór

Co dzień dotyka mnie dehumanizacja
Co dzień jak część systemu- robocza stacja
Co wieczór łapie mnie psychogenny kaszel
Bo głowa już wie dokładnie o czym marzę

Kiedy w genach ma się zapisaną naturę
I przedkłada ogień i urnę nad trumnę
Wiedząc, że umrę przedwcześnie na zawał
Wolałbym skalny, szczelinę bądź nawał

Śniegu, który i tak mam w krwiobiegu
Co łączy niedokrwistość i północny biegun?
To chłód, co spowija doliny i granie
Nocleg w schronisku, nad ranem zmartwychwstanie

Szykuję skafander do wyjścia w próżnię
I walczę z myślami w tak zwanym półśnie
Czy dam radę na grani, sam czy w kompanii
Otoczeni skałami z problemami gdzieś za dolinami

Dryfujemy zawieszeni w przestrzeni
Tych kilka dni by potem znów się uziemić

A gdy czuję, że brak mi tych chwil
Kiedy brak mi kilometrów, mil
Kiedy dłużej nie dam rady i nie mam już wyboru
Wybywam znowu do krainy skał i lodu

A gdy czuję, że brak mi tych chwil
Kiedy brak mi kilometrów, mil
Kiedy oczekiwanie wpędza mnie do grobu
Wybywam wtedy jak najwyżej od domu

GWIAZDOGÓR

Wychodzę jeszcze na długo przed wschodem
Lubię wymykać się cicho, mimochodem
Świetliki na głowę, komu w drogę temu czas
Wyruszam na szlak w towarzystwie gwiazd

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *