Krvavy – Na szczytach rozpaczy

(Zwrotka 1)
Zawsze chciałem wspiąć się na szczyty rozpaczy
Wielu je widziało, lecz mało kto patrzył
Z wierzchołka, chciałbym mieć obraz jak z okna
Przed swymi oczyma, by wcale się nie kończył
Ani zaczynał i widzieć pielgrzyma
Trudy tułacze, za nim podążyć
Do Ziemi Świętej, lecz świętej inaczej
W sieni mieć buty gotowe na wymarsz
Skłonnym jak Dawid posiąść Olbrzyma
W kamiennych kręgach chce mnie utrzymać
Krzywa mych nieszczęść i część ta nieżywa
Co spija mleko wciąż z piersi diabła
Zawsze myślałem, że do snu mnie kładła (matka!)
Pewność, że ciało me spocznie w mokradłach
Lecz ilekroć dane było mi zapaść w sen
Odrywałem nogi od krawędzi świata wtem
Lеcz ilekroć zasypiałem snem błogim
Od krawędzi świata odrywałеm swoje nogi

(Zwrotka 2)
Żywiąc się męką nieskończoności świata
Pogruchotałem kości ucząc się latać
W dolinach chaosu, gdzie doszedł do głosu
Negatyw kosmosu chcący ukazać
Organiczną zapaść ograniczającą napaść
Życia, bo te ściąga jak kotwica, gdy przecież
W pogoni agonii brnę na wierchy w odwecie
Za puste projekcje przed narodzeniem
I po śmierci będącej tylko westchnieniem
Cierpienia galaktyk, mówię to ja – praktyk
Uniesień i wzniesień, lokacji stagnacji
Co poznał się na bogach destrukcji, kreacji
Bez pozy i świadków, nie czyniąc widowiska
Upadam w liryzm, gdy po skałach się ślizgam
Wytartych przez nogi bose od sił
Które szlak przemienił w kamień, w próchno i w pył
Widziałem przed sobą nogi bose od sił
Które szlak przemienił w kamień, w próchno i w pył

(Outro)
Kimkolwiek bym był i nie był równocześnie
Kładłbym się wcześnie, jeszcze przed wschodem
By mimochodem oznajmić światu jasno
Plamy na słońcu życia stłumią jego światło
Kimkolwiek bym był i nie był równocześnie
Kładłbym się wcześnie, jeszcze przed wschodem
By mimochodem oznajmić światu jasno
Plamy na słońcu życia stłumią jego światło

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *